logo strony


Tacy piękni



bloodsports

Gdyby powracających w tym roku zespołów wciąż było za mało – na dokładkę z nowym materiałem wystartowała jedna z ikon britpopowej trójcy. I chociaż powrót jako całość jest mniej spektakularny niż „The Next Day” Davida Bowie czy pojedynczy imprezowy kawałek Pulp wydany cichaczem pod koniec zeszłego roku, Suede nie pozostają daleko w tyle, przywołując cień czasów sprzed „A New Morning”.

Chociaż czasy „Trash” czy „Beautiful Ones” bezpowrotnie minęły, Brytyjczycy wrócili z czymś o wiele świeższym niż ostatnia płyta, której brzmienie było na tyle wymęczone, że Brett Anderson zdecydował się rozwiązać zespół. Przeskakując niefortunny czas w swojej karierze na „Bloodsports” umieścili wszystko to, co w latach 90. wyniosło Suede na wyżyny i uczyniło z nich zespół kultowy. Nie ma śladu po rozmiękłych kawałkach z „A New Morning”, wyraźnie słychać czas post-1993, kiedy obciążone echem wokale i cięższe, wibrujące gitary wiodły prym w ich nagraniach. I chociaż pozbyli się swojego mrocznego pierwiastka oraz dawki cynizmu, które zawierali w tekstach, można uznać, że dojrzewanie udało się Suede całkiem nieźle, a Brett Anderson wyrósł na faceta z klasą.



Krążek otwiera utwór „Barriers”, który pojawił się w sieci już w styczniu i chociaż nie był pierwszym singlem, wokalista zapewnił, że jego pulsujące, romantyczne brzmienie idealnie oddaje charakter całego albumu. Po bombie, jaką swoim fanom zafundowali chłopcy z Pulp próżno było czekać na cokolwiek, co przebije „After You”. I chociaż „Barriers” to bardzo przyjemny kawałek, prawdziwą radość i poruszenie właściwe dla Suede wywołał dopiero prawowity singiel – „It Starts And End With You”. Piosenka to jedna z perełek na „Bloodsports”, z euforycznym refrenem, pełnym brzmieniem gitar i słodkim, sentymentalnym tekstem sprawia, że nowe Suede miejscami brzmi całkiem jak stare. Kolejnym mocnym punktem jest kawałek „Hit Me”, początkowo nie obiecujący niczego szczególnego, zaskakujący pasażową gitarą i typowym dla Andersona wysokim, pełnym zapału wokalem w refrenie. I chociaż cała płyta muzycznie z powodzeniem trzyma się w ryzach udowadniając, że panowie nie stracili chęci do grania, ten ogólnie pozytywny wydźwięk po dłuższym czasie może stać się męczący. Brakuje tu materiału do wałkowania kilka dni z rzędu, nie ma niczego, co działałoby na podświadomość z taką mocą jak „We Are The Pigs” czy którykolwiek z kawałków z „Coming Up”. Pojawia się odwieczny problem dorastającego zespołu, trudno bowiem wymagać od Andersona by zrzucił garnitur, wrócił do damskich bluzek, creepersów i buntował się z zapałem sprzed dwóch dekad. Nawet liryczne momenty jak „What Are You Not Tellling Me?” i „Sometimes I Feel I’ll Float Away” pozostają sentymentalnie słodkie, nie mając w sobie nic niebezpiecznie pociągającego, czym kiedyś mógł poszczycić się zespół.



Chociaż koncepcyjnie powrót ten można zaliczyć do udanych, a piosenek z „Bloodsports” słucha się z przyjemnością, nie sposób pozbyć się wrażenia, że kolejna epoka w muzyce została zamknięta na dobre. W swoim czasie Suede byli w pewien sposób głosem pokolenia i to właśnie dzięki swojej nienachalnej kontrowersyjności szturmem wkradli się między popkulturowe symbole. Zgorzkniali i młodzi, trwający w dekadzie zastoju mieli w sobie coś uwodzicielskiego i niepokojącego, stanowili obraz generacji nudy. Teraz po dawnych tekstach Andersona nie ma śladu, ale on sam wydaje się być całkiem zadowolonym z siebie facetem. Gdy dojdzie już do pogodzenia się z ideologiczną śmiercią zespołu, kawałki z „Bloodsports” słuchają się odrobinę lepiej, umilają czas w autobusach czy tramwajach i mają potencjał wybrzmieć dobrze z festiwalowej sceny, dlatego każdy, kto poszukuje odrobiny przyjemności, z pewnością tutaj ją znajdzie.



Autorka:Natalia Jankowska
©2011 Copyright: Sonia Pranschke